czwartek, 13 kwietnia 2017

Florentina Hubaldo, CTE (2012) (recenzja)



Może jestem podły, ale chciałbym żeby mi się już znudził Lav Diaz. Chciałbym móc wreszcie stwierdzić iż ten reżyser się wypalił, ciągle kręci to samo, brak mu pomysłów... Wtedy zaoszczędziłbym sporo czasu rezygnując z poznawania jego twórczości. Bo, jakby kto nie wiedział, jego filmy potrafią trwać ponad 4 godziny. "Niestety" jak zwykle stworzył inny obraz niż jego poprzednie, pomimo sporych podobieństw. A ja jestem skazany na oglądanie kolejnych dzieł. Dlatego że są po prostu dobre :)

Co się nie zmieniło? Nadal ujęcia są długie. Nadal realistyczne sceny codziennych czynności są przerywane sennymi wizjami pełnymi poezji. I nadal historia dotyka biednej ludności filipińskiej. Tym razem maltretowanej przez ojca dziewczyny oraz dwóch młodzieńców poszukujących złota.

Co nowego? Tym razem dzieło nabiera mantrowy charakter. Mamy tutaj sceny-refreny, powtarzane wielokrotnie, ale za każdym razem nieco inaczej. Jakkolwiek nudnie to brzmi, mają one dużo większą moc niż 5 minutowe ujęcia drzew, do jakich Diaz nas przyzwyczaił. Reżyser uskutecznia tutaj zabawy chronologią, coraz śmielej zrywa z tradycyjną narracją, umie jeszcze lepiej obrazować stany swoich postaci. Jestem miło zaskoczony zwłaszcza ostatnimi 2 godzinami filmu. Zdołano tam połączyć logicznie obie historie, a także podsumować większość wątków. Nie wiedzieć czemu, niektóre motywy fabularne przepadły bez puenty, ale może z czasem autor nauczy się "że tak się nie robi".

Nie nazwę "Florentiny Hubaldo, CTE" dziełem wybitnym. Próba zrobienia bardziej ekstremalnej formy "slow cinema" niż dotąd poznaliśmy w pewien sposób mnie odpycha. Jednak przyznać muszę, dużo z tego potrafię wyciągnąć. Dlatego nie ma tutaj mowy o szarlataństwie. Ani o końcu mojej przygody z kinem Diaza. Wszakże na portalu Mubi ukazał się już kolejny jego obraz ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz