sobota, 10 czerwca 2017

Siglo ng pagluluwal (Century of Birthing) (2011) (recenzja)




W 2010 roku Lav Diaz nie wypuścił żadnego filmu. Pewnie wziął urlop... Albo dopadł go kryzys twórczy. To drugie jest możliwe jeśli wziąć pod uwagę że o tym opowiada właśnie "Century of Birthing". Diaz kręci swoje własne "8 i pół", w którym zadaje sobie pytanie o sens tworzenia. Kto jak kto, ale człowiek robiący zazwyczaj kilkugodzinne slow cinema przedstawiające filipińskich wieśniaków podczas codziennych czynności, faktycznie powinien pogłówkować nad tym co wyrabia. Nawet jego widzowie zachodzą w głowę jakim cudem oglądają te filmy i... jeszcze im się to podoba.

"Century of Birthing" jest wielowątkową opowieścią o mieszkańcach Filipin. Porównanie z filmem Felliniego jest zasadne. Centralnym bohaterem mianowano reżysera kina artystycznego mającego problemy z dokończeniem swego dzieła. Poznamy zresztą również kilka kobiet jego życia. Pozostałymi bohaterami są postaci z montowanego przeń filmu oraz ludzie skupieni wokół kultu religijnego Dom Ojca Tiburcio. Grany przez Perry'ego Dizona reżyser stara się dojść do konkluzji czym jest sztuka. Nie on jedyny jest tu zagubiony...

Mamy do czynienia z najtrudniejszym filmem w dotychczasowej karierze Lava Diaz. Wymagającym absolutnego skupienia. O ile oglądając "Heremiasa" mogliśmy nawet przysnąć i dalej dojść do wielu konkluzji, tutaj jest to wątpliwe. Twórca unika ekstremalnie długich scen, mnoży dialogi, przeplata linie fabularne. Jeśli nawet jakaś sekwencja jest przeciągana to dlatego iż zobaczymy w niej rozmowę, bądź monolog, nie spacery wiejskimi drogami. Dodać należy iż żaden film Diaza nie był nigdy tak "brudny". Mamy tutaj sporo mrocznych scen dotykających kwestie gwałtów, przemocy, okaleczeń. "Florentina Hubaldo, CTE" również zawierała takie sekwencje, ale umiejscawiała je najczęściej poza kadrem. Tu uderzają w nas bezpośrednio.

Jest wiele powodów by znielubić ten film. Choćby dziwny rytm jakim się toczy- co rusz inne tempo i atmosfera. Polubiłem go jednak. Dostałem w końcu komentarz reżysera na temat całej twórczości. Mogłem zrozumieć bardziej jego wizje. Jednocześnie wątek poszukiwania/tracenia wiary wbudowany w fabułę jest bardzo kompatybilny. Przyznaję nie wytrzymałbym tak intensywnego, napakowanego tematami dzieła podczas seansu kinowego. Jednak podzieliwszy sobie je na dwie części w trakcie seansu domowego wypadło pozytywnie.

czwartek, 8 czerwca 2017

Cinema Post Cast: Wojna domowa, part 3 – filmy krótkometrażowe


To już trzeci raz, kiedy w Cinema Post Cast wywołujemy naszą małą wojnę domową. Po starciu filmów pełnometrażowych i odcinków seriali przyszedł czas na krótkometrażówki.  Każdy z nas wybrał po jednym ze swoich ulubionych filmów i skonfrontowaliśmy je z wyborami kolegów. Postawiliśmy na różnorodność. Grzegorz wybrał "Monidło" (1969), Garret zdecydował się na "Ask Father" (1919), a ja zgotowałem wam "Bobby Yeah" (2011). Wcześniej jednak porozmawialiśmy trochę ogólnie o krótkim metrażu, ubolewając nad tym, że to bardzo niedoceniana gałąź kinematografii. Miłego słuchania!


Spis Treści:

0:00 Intro
0:56 O czym będzie podcast
4:07 Ogólnie o krótkich metrażach
23:12 Monidło (1969)
35:40 Ask Father (1919)
45:00 Bobby Yeah (2011) 
55:55 Podsumowanie i pożegnanie
59:25 Outro i bloopersy


Cinema Post Cast: Filmy z padem w rękach (recenzja „Heavy Rain”)



W kolejnym odcinku Cinema Post Cast, zabieramy Was w podróż nieco wykraczającą poza kinowy świat. Rozmawiamy o grach, które korzystają z czysto filmowej narracji. Pod lupę bierzemy Heavy Rain studia Quantic Dream należącego do Davida Cage'a. To gra, która spodoba się zarówno kinomanom, jak i graczom. Przed mikrofonem Grzesiek z blogu PiQltura i ja. 

Spis treści:

0:00 Intro
2:00 Od czego się wszystko zaczęło
8:25 Interaktywne filmy/Fabularne gry
29:47 Heavy Rain
1:07:10 Chaotyczne pożegnanie zmęczonych podcasterów

POBIERZ



niedziela, 21 maja 2017

Cinema Post Cast: Yasujirô Ozu (Jedyny syn 対 Smak Ryżu z zieloną herbatą)


W 27 epizodzie Cinema Post Castu mierzymy się z twórczością Yasujirô Ozu. Reżyserem legendarnym, wielokrotnie cytowanym, inspirującym wielu późniejszych autorów. Całej filmografii przyglądamy się przez prymat dwóch produkcji z różnego okresu jego działalności. Pierwszą jest "Jedyny syn" (1936), pierwszy film dźwiękowy Ozu, drugą "Smak ryżu z zieloną herbatą" (1952) obraz z najlepiej ocenianego momentu twórczości Japończyka. 

W podróż po świecie codziennych dramatów rodzinnych zapraszają was Grzegorz, czyli PiQ z blogu PiQltura oraz ja. Miłego słuchania i do następnych podcastów :)

Spis treści:
0:00 Intro
0:50 Sprawy bieżące
10:55 Yasujirô Ozu, krótko o twórczości
24:37 Jedyny syn (1936)
39:15 Smak ryżu z zieloną herbatą


czwartek, 18 maja 2017

Obcy: Przymierze (2017) (recenzja)



Zasiadając do tej recenzji z trudem byłem w stanie napisać słowa: "seria filmów o Obcym". Dlatego że ja nie bardzo wierzę że tutaj mamy do czynienia z jakimkolwiek spójnym cyklem. Owszem, kolejne epizody bazują na tym co powiedziały poprzednie: przez większość czasu mamy jedną bohaterkę, a faktów o tytułowym przeciwniku się nie ignoruje. Natomiast z tym czego nie powiedziano kolejni twórcy postępowali już dowolnie. Dlatego w każdej kolejnej części Obcy nabywał umiejętności, Ripley odkrywała w sobie nowe cechy charakteru, a klimat zmieniał się diametralnie. Gdy już historia ksenomorfa wróciła do Ridleya Scotta on podszedł do niej z podobną swobodą, trzymając się faktów, ale kręcąc coś zupełnie innego. 

Nie łudźcie się że "Obcy: Przymierze" ma w sobie coś z "8 pasażera Nostromo". Poza punktem wyjścia atmosfera jest z goła inna. Nie znajdziemy tu też wiele z "Prometeusza", może prócz filozoficznego nadęcia. Najbliższym "Przymierzu" utworem Scotta wydaje się ku mojemu zdziwieniu "Adwokat". Tam też kino gatunkowe stało się wstępem do rozważań nad człowieczeństwem, tyle że proporcja krwawej sieczki względem myślicielskich dialogów została odwrócona. W nowym "Obcym" zdecydowanie więcej jest tego pierwszego. 

Wszystko zaczyna się jak zwykle. Załoga statku, tym razem kolonizacyjnego, zostaje wybudzona z hibernacji. Powodem jest sygnał z pobliskiej planety. Lądują tam i... zaczynają ginąć. "Przymierze" w kwestii rozwoju wydarzeń jest niczym więcej jak typowym slasherem. Tylko miast mordercy z tysiącem narzędzi, mamy różne odmiany obcych zabijające na kilka sposobów. Ten pojedynek ogląda się jak czystą formalność, bez napięcia, czekając na zgony kolejnych członków załogi z których charakterystyczna wydaje się trójka, a reszta jest nam zupełnie obojętna. Jeśli mam oddać sprawiedliwość załodze "Prometeusza" to przyznaję, byli głupi, ale przynajmniej ich rozróżniałem. Tutaj mamy jedynie mięso armatnie. 

Gdzieś w środku tej opowieści następuje pauza. Bohaterowie przenoszą się do mrocznej jaskini, zasiadają przed ogniskiem i zadają pytania "kim jesteśmy, skąd pochodzimy, dokąd zmierzamy?". Wtedy przestałem zupełnie wierzyć w ten film. Zdałem sobie sprawę że sam reżyser podejmuje podobną grę, starając się na siłę skleić wszystkie elementy historii, nadać im sens, uczynić je głębokimi. Tymczasem prócz kilku formalnych zabiegów poruszone tematy są zwyczajnie "nie na miejscu", a co gorsza opierają się na tworzeniu górnolotnych kwestii, z pełną świadomością braku rozwiązania ich. 

Koniec końców "Obcy: Przymierze" to kuriozum. Film stawiający na efekciarstwo, a wyglądający często jak telewizyjna produkcja. Czerpiący pełnymi garściami z kina klasy "b", a silący się na artyzm. Świetnie zagrany, ale nie dający aktorom wyrazistych postaci. Te sprzeczności nie wytwarzają bynajmniej wyjątkowego kina, jedynie każą sobie zadać pytanie "co ja do cholery oglądam".

czwartek, 11 maja 2017

Młyn i krzyż (2011) (recenzja)


Lech Majewski tuż po realizacji "Szklanego serca" poświęcił 3 lata by nakręcić swoje kolejne, tym razem dużo bardziej epickie dzieło. "Młyn i krzyż" jest niejako adaptacją obrazu "Droga krzyżowa" Petera Bruegela. Reżyser ożywia postaci z płótna i postanawia opowiedzieć ich historię. Między nimi umieszcza samego malarza, w którego wciela się Rutger Hauer. Jest to więc jednocześnie próba ponownego odmalowania arcydzieła za pomocą nowego medium oraz gruntowny opis procesu twórczego wybitnej jednostki.

Majewski już nieraz mierzył się z kinem opartym na malarstwie i mówiąc szczerze takie właśnie obrazy udają mu się najlepiej. Jego fuzje z poezją bywają pretensjonalne, a operowe wariacje wręcz pretendują do kategorii kiczu. Jednak podbudowane malarskimi fascynacjami "Angelus" i "Ogród rozkoszy ziemskich" to jedne z ciekawszych utworów reżysera. Nieco gorzej jest z omawianym dziełem. "Młyn i krzyż" to kino bardzo afabularne, a przy tym pozbawione wewnętrznej konsekwencji. Starające się powiedzieć wiele jednocześnie, a przy tym zrealizowane technologią nie do końca opanowaną przez używających ją ludzi. CGI pomieszane z renesansowymi tłami wydaje się zwyczajnie niesmaczne. Co prawda to milowy krok w stosunku do estetyki jaką operowało "Szklane serce", bo "Młyn i krzyż" ma mnóstwo graficznych plusów, jednak niektóre efekty komputerowe zwyczajnie bolą.

Kostiumy są tutaj wykonane perfekcyjnie, a wnętrza domów prezentują się realistycznie. Niestety gorzej gdy naszym oczom ukazują się rozmaite pejzaże. Wtedy to wyraźnie zauważymy niezamierzony kontrast między użytą techniką, a tematem filmu. Sami zaś bohaterowie przechadzający się po tym "żywym obrazie" również robią wrażenie sztucznych. Zarówno recytujący nienaturalne dialogi Michael York czy posągowy ale pozbawiony dawnej charyzmy Rutger Hauer jak i wpatrzona w dal swymi zjawiskowymi oczami Charlotte Rampling. O reszcie aktorów też nie można powiedzieć wiele dobrego. Spacerują tylko po malowidle, jak zagubieni, mimo że każdemu scenariusz wytyczył określony cel.

Coś się w tym filmie jednak udało. Majewski świetnie ukazał motywacje Peter Bruegela oraz jego sposób myślenia. W tym wymiarze obraz staje się lekcją malarstwa dla początkujących. Nie ma co jednak ukrywać, ja jestem grupą docelową. "Młyn i krzyż" jest naszpikowany miłością do sztuki, skutecznie zarażając nią innych. Widać tu pasję, chęć zgłębiania, odkrywania... Jakkolwiek nie zaufamy tutaj efektom i postaciom, w sam film łatwo uwierzyć. Zwłaszcza gdy zaraz po seansie zaczniemy szukać informacji o bohaterze, odkrywając wiele ciekawostek w dziele ujętych.

Mini relacja z Festiwalu Filmów-Spotkań NieZwykłych w Sandomierzu




Udało mi się spontanicznie pojechać na festiwal. Postanowienie o wypadzie zapadło jeszcze w tym samym tygodniu w którym byłem na evencie. Starczyło czasu żeby zarezerwować seanse (niepotrzebnie, miejsca zawsze były) i benzyny żeby pokonać 100 km. Tak trafiłem na Festiwal Filmów-Spotkań NieZwykłych. 

Zacznijmy od nazwy. Wcześniej event nazywał się "Festiwal Filmów Niezwykłych". Tytuł chwytliwy przyznać trzeba, acz programy imprezy jakoś nie do końca spełniały obietnicę w nim ukrytą. Owszem, zawsze można powiedzieć iż każde dzieło jest na swój sposób wyjątkowe. Jednak gdy słyszysz "niezwykły" liczysz na coś zupełnie wychodzącego poza szablon. Tymczasem wizytówką programu były obrazy z katalogu filmów studyjnych oraz przede wszystkim polskie kino. W przypadku tego drugiego zazwyczaj zapraszano gości (aktorów, reżyserów), a twórcom których retrospektywę prezentowano nadawano tytuł "reżysera niezwykłego". W końcu nazwa ewoluowała w bardziej obrazującą to wydarzenie "Festiwal Filmów-Spotkań NieZwykłych". To już nie budzi kontrowersji, centrum hasła stali się wyjątkowi ludzie, których można spotkać podczas pokazów albo zwyczajnie w kinowej kawiarni, na mieście, na ławce. Masz szansę podejść, porozmawiać, zdobyć autograf, pewnie "selfie" też.
Impreza odbywała się w tym roku od 28 kwietnia do 3 maja. Termin wdzięczny, a same możliwości turystyczne miasta sprzyjające (setki turystów przyjeżdżają na weekend majowy). Większość imprez odbywała się w lokalnym kinie "Starówka" oraz Katolickim Domu Kultury. Oba miejsca skromne, ale klimatyczne. "Starówka" ma tą zaletę, jak zresztą wspominam w poprzednim akapicie, że jest połączona z sporą kawiarnią, można spędzić czas oczekiwania przy świetnej kawie (wyjątkowo zrezygnowałem z piwa). Jak patrzę w program, było też kilka innych miejsc spotkań, zawsze bardzo związanych z charakterem miasta. Bo trzeba wspomnieć, Sandomierz to piękne miejsce, proszące się o osobną wycieczkę. Zresztą byłem tam nie raz, nie tylko jako kinoman, ale turysta, lub zwyczajnie chcąc posiedzieć w dobrych knajpach (tych też jest bez liku). 

Moja mini-relacja jest "mini" dlatego że wpadłem zaledwie na jeden dzień. Wstałem o 4 rano 29 kwietnia (zamierzałem o 4:30, ale jeden z podcasterów wstał wcześniej i poczuł się zobowiązany mnie o tym powiadomić na messengerze). Wyjechałem o 5:00. Na miejscu byłem o 8:00, jeden postój poświęciłem na śniadanie na stacji benzynowej. Po otwarciu drzwi samochodu, szybko je zamknąłem z powrotem. Było zimno jak cholera, a ja nie nie zabrałem kurtki. Mój błąd, ale znacznie sobie ograniczyłem możliwość spacerowanie po mieście. Niczym żołnierz pod ostrzałem powoli przemieszczałem się od lokalu do lokalu by zupełnie nie zamarznąć, aż dotarłem do kina.

Wszystkie zaplanowane pokazy miałem w kinie "Starówka" więc póki co mogłem przeczekać kwietniową zimę. Pierwszym seansem był pokaz który najbardziej mnie interesował. Seans remasterowanego cyfrowo "Aniki Bobo" (1942), będącego dziełem Manoela de Oliveiry. Uwielbiam nadrabiać klasykę na dużym ekranie, a życie reżysera aż prosiło się o poznanie jego twórczości, gdy tylko dotarło do mnie że kręceniu filmów poświęcił więcej niż ktokolwiek (żył 106 lat, z czego przez 74 lata reżyserował). Niestety chyba ludzie nie dzielą za mną pasji odkrywania kina, bo o 9 rano byłem jedynym widzem. Dosłownie obejrzałem pokaz w pustej sali. Nawet wolontariusze woleli bawić się komórkami w poczekalni, niż zejść na czarno-biały, portugalski film.

Sam obraz wspominał będę przyjemnie. Opowiada historię kilkuletnich łobuziaków z ubogiej dzielnicy. Dwóch chłopców pojedynkuje się o względy lokalnej piękności. Jako że jeden z nich jest dużo bardziej "przebojowy", a przy okazji silniejszy, drugi postanawia nadrobić swoje niedostatki podstępem. Jednak sumienie nie pozwolą mu tej drogi obrać na długo. Urocza historia familijna rozgrywająca się w dziecięcym świecie, gdzie dorośli nie zaglądają zbyt często. Młodzi muszą więc sami odkrywać co znaczy być porządnym człowiekiem. Aktorzy poradzili sobie bezbłędnie. Gorsza sprawa że to jedynie prosta opowieść z morałem, trudno tu zauważyć coś prekursorskiego, a moje oczekiwania oraz status filmu coś takiego zapowiadał. Do tego nie wiem czy najważniejszą scenę filmu uznać za świadomie dezorientującą czy jedynie słabo nakręconą. Mowa o sekwencji którą zobaczymy już w czołówce, a później powróci pod koniec filmu. Zarówno bohaterowie, jak i widz nie mają pojęcia co dokładnie się w niej wydarzyło. Choć może tak miało być.

Drugi seans wypełnił już salę w dużym stopniu (warto byłoby tutaj wspomnieć że maksymalnie mieści się w niej 49 osób, więc rekord to nie jest). O 11 zaprezentowano "Żywot chruścika" a frekwencję zawdzięczamy obecności autorów filmu- reżysera Józefa Romasza i Moniki Zawadzkiej. Film jest w moim odczuciu ni mniej, ni więcej jak ładnie nakręconym filmem przyrodniczym o chruścikach (warto wygooglować, nieraz je widziałem, nie wiedziałem że tak się nazywają). Sami autorzy, przyznać trzeba, opowiedzieli o swoim dziele jako o filozoficznym przeżyciu pozwalającym zwrócić uwagę że świat ludzi koegzystuje na granicy miliona innych, dzięki czemu możemy szerzej spojrzeć na kondycję świata w ogóle. Ja w żadnym wypadku nie ironizuję, wierzę że wszystko co zawarli w swym dziele można wykopać z filmu. Jednak jest bardzo zależne od widza, gdyż znalezienie przyjemności w narracji przypominającej lekcję biologii wymaga po prostu zainteresowanie tematem. A tego w sobie niestety nie znalazłem. Coraz częściej przekonuję się że nie wszystko jest dla mnie.

Następny seans odbył się natychmiast po poprzednim. Zaprezentowano nam "Diabły, Diabły" w reżyserii Doroty Kędzierzawskiej, bohaterki tegorocznej retrospektywy, która następnego dnia miała zostać ukoronowana jako "reżyserka niezwykła". Ku memu zdziwieniu twórcy nie przybywają jak się okazuje na pokazy wszystkich swoich filmów, toteż seans odbył się bez żadnej prelekcji, ani innych wyjątkowych okoliczności. Natomiast niewątpliwie był to najlepszy obraz jaki zobaczyłem tego dnia. To historia małej miejscowości nieopodal której rozbija się obóz cyganów. Miejscowa młodzież jest zafascynowana kulturą przyjezdnych. Odwiedzając ich odkrywają nieznane dotąd rejony własnego "ja". To specyficzna historia dojrzewania, opowiedziana minimalną ilością słów, maksymalną obrazów. Starczy podkreślić iż w centrum całego filmu jest twarz aktorki, debiutującej na ekranie Justyny Ciemny. Nie zrobiła ona nigdy kariery, ale u Kędzierzawskiej pokazała jak olbrzymie spektrum emocji jest w stanie wyrazić, stając się przekaźnikiem między filmem a widzem. Świetne kino, które nie obeszło się bez pewnych uproszczeń, ale pal je licho, całokształt zachwyca.

Przed kolejnymi pokazami znalazłem czas na "drugie śniadanie", a następnie ustawiłem się w kolejce do sali kinowej na kolejny pokaz. Tym razem składał się on z 9 etiud, jeśli dobrze liczę. Rzeczona kolejka była nieco mała, jeśli wziąć pod uwagę że ten przegląd inaugurował "pokaz filmu "Smród" z udziałem Daniela Olbrychskiego". Jak się szybko okazało ulotka festiwalowa wprowadzała w błąd. Słowo "z udziałem" odnosiło się jedynie do wyświetlanego dzieła, samego aktora na seansie nie uświadczyliśmy ku mojemu zawodowi. Za to prócz wspomnianego obrazu mieliśmy okazję zobaczyć studenckie dokonania Doroty Kędzierzawskiej oraz Jana Jakuba Kolskiego, który bez zapowiedzi programowej pojawił się na pokazie, komentując w paru zdaniach wyświetlane utwory. Było to przyjemne 90 minut przed ekranem, na wyróżnienie zasługiwało "Jajko" Kędzierzawskiej, "Umieranko" Kolskiego oraz wspomniany "Smród" Artura Urbańskiego. Ten ostatni niespodziewanie okazał się czymś na kształt thrillera.

Po tym pokazie musiałem podjąć decyzję czy zostać na wykładzie o tytule "Wizerunek medialny polskich reżyserów" czy uciec do Rzeszowa i zdążyć na pokazy z cyklu Wiosna Filmów. Zostałem. I w pewnym sensie wybrałem źle. Nie śmiem wyrażać się o całej twórczości Stanisława Zawiślińskiego, prowadzącego to spotkanie, bo jej nie znam, ale sam wykład był... skromnie rzekłbym, nie najlepszy. Spodziewałem się usłyszeć tonę ciekawostek dotyczącą naszych rodzimych filmowców o tym jak się prezentują w lokalnych mediach, a także za granicą. Dostałem tymczasem podzieloną na dwie części prezentację. Pierwszą część stanowiły zdjęcia znalezione na google grafika ukazujące atrybuty takich osobowości jak Zanussi, Hoffman czy Wajda. Drugą były niepublikowane nigdzie fragmenty z planu, na których możemy zaobserwować jak pracuje Kieślowski. Wykładowca przez ponad godzinę tej prezentacji chciał nam przekazać najprostszą prawdę we wszechświecie. Że znane osoby gdy pozują do zdjęć mają nienaganny wygląd, a podczas pracy są spoceni, nieuczesani i już nie wyglądają elegancko. Nie chcę tutaj rzucać złośliwymi komentarzami, ale to żadne odkrycie iż publicznie każdy chce się prezentować ładnie, ale gdy już "świat nie patrzy" mamy gdzieś nasz wygląd. Zawiśliński opowiadał płynnie, obejrzeć niedostępne materiały to gratka, ale nic nie usprawiedliwia przeciągania banalnej puenty do rozmiaru długiej prezentacji. Na usprawiedliwienie autora dodam iż miał on spore utrudnienia, bo laptop na którym znajdowały się jego materiały był poza salą, w związku z czym ktoś inny musiał przewijać slajdy, a on sam nie nadążał za opowiadaniem. Inna sprawa że długość wyświetleń można ustawić samodzielnie w Power Poincie, więc to też niewielkie alibi.

Słowem podsumowania, "Festiwal Filmów-Spotkań NieZwykłych" to mały, kameralny event. Trudno mi go szerzej scharakteryzować, gdyż miałem do czynienia z 1/6 całości. Poznałem osobiście jednego z moich filmwebowych znajomych, ukrywającego się pod nickiem djrav77 oraz uczestniczyłem w mini spotkaniu z Janem Jakubem Kolskim, czyli miały miejsca spotkania niezwykłe. Obejrzałem kilka bardzo dobrych filmów, w tym przynajmniej jeden bardzo nietuzinkowy. Obietnica zawarta w nazwie została spełniona. A jednak pozostał niedosyt. Liczyłem na większą frekwencję, więcej prelekcji, że więcej się dowiem o szczegółach powstania obejrzanych dzieł. Na każdy festiwal przyjeżdżam także głodny wiedzy, a tej nieco zabrakło. Ale może to pozory, trudno mi ocenić. W każdym razie informuję was że takie wydarzenie jest, jeśli w następnym roku nie wiecie gdzie wybrać się na majówkę, poszukajcie szczegółów na jego temat, może to impreza dla was.

wtorek, 9 maja 2017

Mga anak ng unos (Storm Children, Book One) (2014) (recenzja)

 

Jeśli zastanawialiście się kiedyś jak mogą wyglądać dokumentalne filmy Lava Diaza, podpowiem iż bardzo podobnie do fabularnych. Statyczna kamera też "ukrywa się" w kącie i obserwuje najuboższych mieszkańców Filipin. Różnicą jest ponoć obecność scenariusza, ale i tutaj nic nie wiadomo. Tak jak nie jestem pewny na ile fabuły Diaza są improwizacją, tak nie wiem czy "Storm Children" nie zostało zaplanowane, mimo że napisy końcowe nie wspominają o skrypcie oraz pomijają kwestię reżyserii, wpierw wymieniając Diaza jako autora zdjęć.

Miejscem obserwacji jest wyspa Tacloban. W 2013 roku gdy Filipiny nawiedził tajfun Yolanda, doszło do wielkiej powodzi. Twórcy filmu wybierają się do wspomnianego zakątku by opisać życie po katastrofie. Materiał stanowią niemal wyłącznie bez dialogowe ujęcia w których widzimy obywateli pozbawionych mieszkań, pojazdy przedzierające się przez zalane ulice oraz dzieci dojrzewające w tym zniszczonym świecie. Dopiero pod koniec filmu Diaz pozwala sobie nakręcić 2 sceny przypominające regularny dokument i udziela głosu swoim bohaterom, prowadząc wywiad. Reszta to ruchome fotografie, pokazujące rozmiar tragedii.

Przyznać trzeba, zobaczymy w tym dziele wprawne oko badacza. W kolejnych ujęciach reżyser przedstawia nam niemal każdy zakątek wyspy, zawsze starając się ukazać jak najwięcej detali. Czasami nawet z pomysłem układa sceny w odpowiedniej kolejności, by to opowiadanie obrazem było w stanie nas zaskoczyć. Ot, choćby w ujęciu gdzie dzieci bawią się patykami nad mostem, a dopiero później zauważamy że tymi patykami szturchają śmieci zbierające się w korycie rzeki. To po tej scenie reżyser decyduje się już nie ukrywać przed nami syfu pokrywającego chodniki Tacloban. Zniszczenia z jakimi mamy do czynienia są ukazywane stopniowo.

Niestety, jakkolwiek doceniam przewrotne piękno sfotografowanych pejzaży, ten seans to tortura. Gdyby to była wystawa zdjęć, mielibyśmy szansę sami zdecydować którym poświęcimy najwięcej czasu. Tutaj Lav Diaz decyduje za nas, przeciągając w nieskończoność momenty które już dawno zdążyliśmy przepuścić przez umysł. "Storm Children" będę bardziej wspominał jako niecierpliwe czekanie na następny slajd, niż świetną wystawę.

niedziela, 7 maja 2017

Cinema Post Cast: Szybcy i Wściekli (seria)



To już 25 epizod Cinema Post Castu. Tym razem we dwóch, z Pikiem, rozmawiamy o serii "Szybcy i Wściekli". Okazją ku rozważaniom jest premiera 8 części cyklu. Omawiamy kolejne odsłony, a później oceniamy jak prezentuje się najnowsza. Na sam koniec zostawiam ekskluzywną interpretację filmu ;) Miłego słuchania. 

Spis Treści: 

00:00 Intro
00:25 Nissan Micra, rocznik 1998
00:53 Rozważania o całej serii 
29:30 Szybcy i wściekli 8
43:48 Strefa Spoilerowa 
53:20 Dźwięki końcowe




piątek, 5 maja 2017

Cinema Post Cast: "Ostatnia klątwa" vs. "W głąb lasu"


Specjalny odcinek podcastu CPC, poświęcony jak co miesiąc, nocnym maratonom grozy. Tym razem wybrałem się do Multikina, 21 kwietnia, na seans z filmami "Ostatnia klątwa" i "W głąb lasu". Miałem dylematy czy nie zajrzeć w tym samym czasie do Heliosa, gdyż oni również mieli wtedy maraton, ale ostatecznie Multikino miało nieco lepszy repertuar. Widziałem tylko dwa filmy na tym seansie i je wystawiam przeciwko sobie. Najkrócej jak tylko potrafię, mówię o swoich wrażeniach, starając się równocześnie oddać atmosferę wydarzenia. Zapraszam do słuchania. 

 POBIERZ


poniedziałek, 1 maja 2017

DiVinities (2006) vs. Szklane usta (2007) (recenzje)



Lech Majewski zawsze poszukiwał drogi ku połączeniu różnych dziedzin sztuki z kinem. Czasami mu się to udawało jak w "Angelusie", gdzie malarstwo Teofila Ociepki ożywało na ekranie. Innym razem zaś tworzył ledwie strawne hybrydy, jak choćby telewizyjna opera "Pokój saren" godna oglądania ze słownikiem symboli. Od momentu nakręcenia minimalistycznego "Ogrodu rozkoszy ziemskich", estetyka jaką operował reżyser stawała się coraz skromniejsza. Dotarł do momentu w którym zaczął nazywać swoje kolejne dzieła poematami wizualnymi. To miały być słówka wzniośle odróżniające jego krótkie metraże od innych. Czy ich wyjątkowość wybrzmiewa aż tak że zasłużyły na miano osobnej klasyfikacji gatunkowe? Przekonanie się gdy porównam ze sobą "DiVinities" oraz "Szklane usta" będące zbiorem utworów właśnie tak określonych przez twórcę. 

"DiVinities" nie było w rzeczywistości zaplanowanym filmem. To zbiór videoartów jakie Majewski zaprezentował gdy nowojorskie muzeum sztuki współczesnej urządziło mu wystawę. I jako takowy pokaz ta prezentacja się broni. Sam autor wspomina ją jako kolarz pomysłów noszonych przez lata.  Zrealizowane zostały jednak w pośpiechu, a niektórych przypadkach wyglądają jak spontaniczne decyzje o chwyceniu kamery i nakręceniu chwili. Jakkolwiek to ładnie nie brzmi, mamy do czynienia z filmikami których sens ma prawo znać jedynie autor. A czasami nawet wyraźnie widać że nie ma tu treści. Bo jak inaczej nazwać zapętlone fragmenty sztuk teatralnych czy wodzenie obiektywem po ulicy? Owszem, znalazły się tu bardziej zaplanowane ujęcia jak choćby pierwszy poemat, gdzie nieruchome postaci ujrzymy w ustalonych pozach, w środku leśnej głuszy. Zresztą ta scena została później powtórzona w "Szklanych ustach". Po zobaczeniu całości mam jednak wrażenie iż Majewski samo nawiązanie do malarstwa, muzyki, architektury uważa już za stworzenie dzieła. Niestety, to tak nie działa. Wyrażę się brzydko, ale połowa tych poematów to "byle co", pozbawione polotu i krzty jakiegokolwiek poczucia smaku. Nie trzeba być znawcą sztuki by to zauważyć. 

Zgoła inaczej jest ze "Szklanymi ustami". Choć to też problematyczne dzieło. Jest to obraz w podobnej stylistyce, dużo bardziej jednak zaplanowany i noszący w sobie czytelny sens. Majewski zwiastuje koniec świata, wypalenie moralne ludzkości, zmierzch wartości. Ciała kobiece, które zawsze portretował jako wizualizację piękna, teraz zdobią ilustracje pornograficznych broszur. Bohaterowie sprzedają tu duszę za pieniądze. Telewizja staje się głosem zła wcielonego. Przekaz jest, to już plus. Tyle że nieznośnie pretensjonalny, a do tego opakowany w formę wizualnie bliższą telenoweli, niźli poważnemu kinu artystycznemu. W tym wszystkim jest tylko jedna scena na blokowisku która może się podobać kolorystycznie. Cała reszta kłuje w oczy. To krytyka brzydkiego świata, przy pomocy języka kiczu. Przygarniał kocioł garnkowi rzec by się chciało. Bronią się tu na szczęście zastosowane metafory, które użyte w nieco innej scenerii gwarantowałyby dużo lepszy seans. Niestety Majewski zatracił poczucie smaku na drodze wędrowania przez krainę form których się imał przez lata. Ponoć odnalazł je w kolejnym swym dziele, "Młyn i krzyż", ale to zweryfikuję za jakiś czas. 

Jeśli mam wskazać lepsze dzieło spośród tych dwóch, to będą nim "Szklane usta". Ale głównie dlatego iż przynajmniej da się je oglądać i znaleźć kilka zalet. Tymczasem "DiVinities" wydane na DVD stanowi jedynie ciekawostkę w postaci nagrań znanego reżysera, będących znudzoną podróżą z kamerą albo testowaniem możliwości programu montażowego. Niestety wśród dodatków na krążku nie ma komentarza tłumaczącego dlaczego oba filmy wyglądają jak wyglądają, pozostaje mi mieć nadzieję że kiedyś sam będę miał okazję zapytać reżysera. Bo mimo że moja wypowiedź może być odebrana jako jadowita, jestem jego fanem. Tym bardziej uwierał ten seans.

niedziela, 30 kwietnia 2017

Cinema Post Cast: Wojna domowa vol. 2 (Epizody seriali)



Rozpętujemy kolejną wojnę. Tym razem na seriale. Przeciwstawiamy sobie trzy wybrane epizody, każdy w innej konwencji. Oczywiście wybór odcinka należał do podcasterów. Tak więc Garret wytypował odcinek "Tin Man" z serialu "Star Gate". Ja postawiłem na "Cigarette Burns" z "Master of Horrors". PiQ tymczasem wskazał "Pierrot le Fou" z "Cowboya Bebopa". Starcie tym razem mniej brutalne, ale przyznać trzeba, rozwijamy się i zwiedzamy nowe przestrzenie filmowego wszechświata. Zapraszamy do słuchania!

POBIERZ
 



niedziela, 23 kwietnia 2017

Cinema Post Cast: Wojna domowa #1 (ulubione filmy)



Kolejny odcinek naszego podcastu znów w pełnym składzie: Garret, PiQ i ja. Tym razem postawiliśmy sobie za zadanie omówienie trzech filmów. Każdy z nas wybrał jedno ze swoich ulubionych dzieł, starając się jednocześnie by wytypowany tytuł był zupełnie "nie w stylu" reszty. Tym oto sposobem ja wytypowałem "Wyspę" (2000), Garret "Hooligans"(2005), a PiQ "Synekdochę, Nowy Jork" (2008). Który z tych filmów ucierpiał najbardziej w starciu z naszymi opiniami? Który pozostali przyjęli z niespodziewanym entuzjazmem? Musicie posłuchać sami. Wszelkie komentarze mile widziane. 

POBIERZ

sobota, 15 kwietnia 2017

Cinema Post Cast: Blaxploitation (Coffy vs. Black Dynamite)


Dużo czasu minęło od kiedy wystąpiliśmy w pełnym składzie. Jednak świąteczna atmosfera chyba nas natchnęła. Dlatego dzisiejszy epizod CPC nagrywamy wszyscy, Garret Reza, PiQ i ja. A tematem odcinka jest nurt Blaxploitation. Rozmawiamy o tym czym jest, a w drugiej części dyskusji recenzujemy dwa filmy reprezentujące ten podgatunek. Pojedynkować będą się "Coffy" (1973) z pamiętną rolą (i nie tylko ;) Pam Grier oraz "Black Dynamite" (2009) będący parodią filmów z tego podwórka. Miłego słuchania. Ewentualne komentarze pożądane!

Spis treści:
0:00 Otwarcie czarnego piwa (+bonus)
2:33 O blaxploitation słów kilka
12:09 Coffy
24:00 Black Dynamite

POBIERZ


czwartek, 13 kwietnia 2017

Florentina Hubaldo, CTE (2012) (recenzja)



Może jestem podły, ale chciałbym żeby mi się już znudził Lav Diaz. Chciałbym móc wreszcie stwierdzić iż ten reżyser się wypalił, ciągle kręci to samo, brak mu pomysłów... Wtedy zaoszczędziłbym sporo czasu rezygnując z poznawania jego twórczości. Bo, jakby kto nie wiedział, jego filmy potrafią trwać ponad 4 godziny. "Niestety" jak zwykle stworzył inny obraz niż jego poprzednie, pomimo sporych podobieństw. A ja jestem skazany na oglądanie kolejnych dzieł. Dlatego że są po prostu dobre :)

Co się nie zmieniło? Nadal ujęcia są długie. Nadal realistyczne sceny codziennych czynności są przerywane sennymi wizjami pełnymi poezji. I nadal historia dotyka biednej ludności filipińskiej. Tym razem maltretowanej przez ojca dziewczyny oraz dwóch młodzieńców poszukujących złota.

Co nowego? Tym razem dzieło nabiera mantrowy charakter. Mamy tutaj sceny-refreny, powtarzane wielokrotnie, ale za każdym razem nieco inaczej. Jakkolwiek nudnie to brzmi, mają one dużo większą moc niż 5 minutowe ujęcia drzew, do jakich Diaz nas przyzwyczaił. Reżyser uskutecznia tutaj zabawy chronologią, coraz śmielej zrywa z tradycyjną narracją, umie jeszcze lepiej obrazować stany swoich postaci. Jestem miło zaskoczony zwłaszcza ostatnimi 2 godzinami filmu. Zdołano tam połączyć logicznie obie historie, a także podsumować większość wątków. Nie wiedzieć czemu, niektóre motywy fabularne przepadły bez puenty, ale może z czasem autor nauczy się "że tak się nie robi".

Nie nazwę "Florentiny Hubaldo, CTE" dziełem wybitnym. Próba zrobienia bardziej ekstremalnej formy "slow cinema" niż dotąd poznaliśmy w pewien sposób mnie odpycha. Jednak przyznać muszę, dużo z tego potrafię wyciągnąć. Dlatego nie ma tutaj mowy o szarlataństwie. Ani o końcu mojej przygody z kinem Diaza. Wszakże na portalu Mubi ukazał się już kolejny jego obraz ;)

niedziela, 9 kwietnia 2017

Cinema Post Cast: Power Rangers vs. Ghost in the Shell (Remakes)


W kolejnym odcinku CPC zgodnie z obietnicami ja oraz PiQ omawiamy najgorętsze premiery ostatnich tygodni. Tylko czy to oznacza że najciekawsze? Tego już przekonacie się wysłuchawszy audycji. Uprzedzam tylko iż zawiera ona spore pokłady wspomnień sięgających do naszego dzieciństwa. Ale to dobrze, to zawsze był mocny punkt naszego programu. Przed wami podcast o "Power Rangers" i "Ghost in the Shlell", obu w kinowych wersjach z 2017 roku. Zapraszamy :)

POBIERZ


 

środa, 5 kwietnia 2017

Cinema Post Cast: Baba Jaga vs. Lokatorzy


Specjalny epizod Cinema Post Castu, który nagrywam solowo i jak co miesiąc opowiadam o mojej wizycie na maratonie horrorów. Tym razem był to heliosowski maraton odbywający się 24 marca. Wyświetlono 4 filmy, w następującej kolejności: "Baba Jaga", "February", "Lokatorzy" i "Lekarstwo na życie". Dwa z nich już omówiłem, więc rozprawiam się z resztą. Ale należy podkreślić, ten podcast jest również bardzo skupiony na klimacie samych seansów oraz na dokonaniach dystrybutora "Lokatorów", firmie Wistech Media. Dodać muszę iż jest najkrótszym podcastem jaki kiedykolwiek nagrałem. Okazuje się że jak chcę to potrafię mówić zwięźle. Przy czym jak posłuchacie, dowiecie się ze również dlatego iż niewiele było do powiedzenia. No ale przekonajcie się sami...

POBIERZ

wtorek, 4 kwietnia 2017

Krew kapie na kartki: Jack Ketchum - Poza sezonem (recenzja)



Grupka mieszczuchów wyjeżdża na wypoczynek do małej, leśnej miejscowości. A tam dopada ich banda kanibali i zaczyna się walka o życie. 

Właśnie streściłem pół książki. Faktem jest że Ketchum nie odkrył Ameryki swoją powieścią. Korzystał z filmowych schematów, znanych choćby ze "Wzgórza mają oczy" czy "Teksańskiej masakry piłą mechaniczną". Czymże więc wyróżnia się ten horror iż w roku wydania, to jest 1981, stał się w pewnych kręgach kultowy, a później doczekał się kilku reedycji oraz specjalnej wersji autorskiej? Ano tym czego wtedy filmy jeszcze nie potrafiły, choć nadchodząca premiera "Martwego zła" miała to zmienić. Ketchum pokazał iż w dziedzinie opisywania przemocy można pójść w przesadę, jednocześnie nie tracąc rozrywkowego charakteru opowieści.

W "Poza sezonem" ciała są rozrywane, jedzone, gotowane, gwałcone, przypalane, szatkowane, dziurawione... Autor nie cacka się z czytelnikiem i literaturę grozy pisze na podstawie książek kucharskim, tyle że używając mięsa ludzkiego. Robi to wszystko w o tyle szokujący sposób, że ta pornografia przemocy ma aspiracje do bycia czymś więcej, ale zupełnie tego nie chce. Twórca przez pierwsze 100 stron z uporem zarysowuje relacje między postaciami, po czym olewa zupełnie wątki obyczajowe stawiając na bezkompromisową sieczkę.

Nie jest to literatura zbyt subtelna, dająca do myślenia i tak dalej... To sprawnie napisany horror ekstremalny, czasami tak przesadzony i nielogiczny, że aż ma się go ochotę rzucić w kąt. Dobrze broni go jednak "posłowie". Ketchum wyjaśnia nam co chciał osiągnąć i jak wyglądała batalia z wydawcami. Przyznam iż jego motywacje rozumiem, a negocjacje z redaktorką-cenzorką uznaję za niesamowicie zabawne. Samo czytadło zaś jest w gruncie rzeczy jest bardzo "luźne" mimo olbrzymiej dawki okrucieństwa. To idealna lektura przed wyjazdem na wakacje ze znajomymi :D

PS. Co ciekawe powieść doczekała się kolejnych odsłon, a ostatnia z nich "The Woman" nawet ciekawego eksperymentu.  Jack Ketchum z Lucky'iem McKee ją wspólnie napisali, jednocześnie kręcąc jej filmową adaptację.

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Cinema Post Cast: Personal Shopper vs. February


Kolejny epizod naszego podcastu zahacza o grozę. Ale taką nietypową :) Razem z Grześkiem z blogu PiQltura omawiamy dwie interesujące marcowe premiery. Są to filmy "Personal Shopper" i "February". Zapraszam do odsłuchu, zapewniam że warto :)

Spis treści:

Recenzje
1:58 Personal Shopper
14:31 February
Strefa spoilerowa:
35:09 Personal Shopper
42:42 February 


środa, 22 marca 2017

KKNP: Tony Hawk's Pro Skater (recenzja)



Nie wiem jak to jest z grami. Czy gracze mają jak kinomanii że nie sięgną po sequel/remake póki nie rozprawią się z pierwszą wersją albo chociaż posiadają głęboką potrzebę zwiedzenia korzeni danej serii? Ja zawsze tak miałem z filmami i to przeszło na gry. Do teraz czuję że mam coś na sumieniu, dosłownie że kogoś okradłem, z tegoż powodu że obejrzałem "Vanilla Sky" nim trafiłem na oryginalne "Otwórz oczy". Z takim podejściem od dawna ciążyło na mnie też świadomość że jako fan serii Tony Hawk's Pro Skater nie mogłem rozpocząć z nią przygody od pierwszej odsłony. Powód: nigdy nie wyszła na PC. Ale jako iż uzbroiłem się w PS3, mogłem w końcu zmyć swoją winę, wszystko naprawić, wszakże gry z PSX on odtwarza. Gdy tylko w me ręce trafiła płyta z wydanym w 1999 roku, oryginalnym THPSem, rzuciłem dosłownie wszystko (aktualnie nieukończone gry, filmy, rozpoczęte teksty, potrzebę snu, rozważałem nawet urlop na żądanie) i zasiadłem przed konsolą. 


Jeśli ktoś nie miał styczności z serią firmowaną nazwiskiem Tony'ego Hawka, to informuję że mamy do czynienia z symulatorem jazdy na deskorolce. Takim mało realistycznym, ale za to niesamowicie grywalnym. Zadaniem gracza jest wybór zawodnika i wykonywanie poszczególnych zadań, które owocują lepszymi statystykami (zwiększającymi nasze umiejętności), nowymi wzorami deskorolek i możliwością przejścia do kolejnych etapów. Postawione cele uzyskujemy dzięki wykonywaniu tricków. Każda kombinacja jest punktowana, najczęściej więc naszym zadaniem jest zrobienie  najtrudniejszych ewolucji i sprawne ich połączenie. Ale nie tylko... W omawianej grze mamy 9 plansz. 6 z nich zawiera 5 zadań, zaś pozostałe stanowią "turnieje", gdzie wykonywane triki są punktowane przez sędziów, zaś wywrotki zaniżają ich ocenę ogólną.

Jako osoba zaznajomiona z serią myślałem iż ukończenie "kariery" pierwszą postacią to będzie kaszka z mleczkiem. Nie mogłem się bardziej pomylić. Jakieś 20 godzin zajęło mi podołanie temu wyzwaniu, a po dziś dzień jeszcze nie udało mi się "przejść" wszystkich postaci. Zacząć muszę od w sumie fajnej rzeczy, że musiałem uczyć się tej gry od nowa. Dotąd grałem na klawiaturze, a gdy w ruch poszedł pad, musiałem się przyzwyczajać. Myliłem klawisze, mało płynnie łączyłem kombinacje, nie potrafiłem opanować w gruncie rzeczy prostego sterowania... Dopiero po czasie się wczułem, ale i tak nie było łatwo. Pierwsza odsłona w ogóle nie ma tricków typu "manual" ani przycisku "revert". To sprawia iż musiałem opracować nowe taktyki zdobywania punktów, na starym systemie. A mówię o tym wszystkim jako o pozytywie, bo czułem jakbym pierwszy raz zetknął się z tą grą. To prawdziwa podróż do przeszłości. 

Jeśli chodzi o ubogi zasób zadań, to faktycznie nieco denerwowało. W kontynuacjach trzeba było wykonać 9 wyzwań na każdej miejscówce. Tutaj jest ich tylko 5 i na każdej mapie polegają w gruncie rzeczy na tym samym. Zawsze musimy osiągnąć określone wyniki, zawsze musimy dotrzeć w trudno dostępne miejsce by znaleźć "ukrytą taśmę", za każdym razem kolekcjonujemy literki tworzące wyraz "Skate". Pozornie różniącą się od reszt misją jest znalezienie przedmiotów właściwych specyfice levelu, ale to też typowe dla serii "poszukanie", niewiele różne zbieraniu literek. Kreatywnie zostało obmyślone tylko w "Downhill Jam" gdzie mamy odkręcić 5 zaworów na tamie, by ją zalać, a każdy z nich znajduje się na innej powierzchni. W pozostałych przypadkach mam wrażenie że pomysłowości w zadaniach nie ma wiele. Choć trzeba przyznać, samo nabijanie punktów jest frajdodajne. 

Jeśli chodzi o mapy jakie mamy do dyspozycji, to niestety zdążyłem znaczną większość poznać wcześniej, obcując z kolejnymi odsłonami serii. Następne części zawierały mapy znane z pierwszej części jako nagrody za kilkukrotne ukończenie rozgrywki. Tylko jedną z nich miałem okazję odkryć pierwszy raz. Było to San Francisco. Co prawda miała ona swój odpowiednik w IV odsłonie cyklu, ale znacznie różniący się od tego który tu dostałem. Strasznie fajnie było odkrywać zupełnie nowy etap od samego początku. Co zaś się tyczy reszty map, tutaj nie sugerujcie się tym iż to pierwsza odsłona cyklu. Są one zaprojektowane ze sporą dbałością, umożliwiają mnóstwo kombinacji, jest też dużo sekretów. Owszem, być może gdyby znalazły się w kolejnych odsłonach, w których można więcej trików, wydawałyby się małe. Ale tutaj idealnie wpasowują się w tryb rozgrywki. Do tego minie sporo czasu nim dostaniecie się w każde miejsce w jakie nam udostępniono. Choćby były to puste pokoje w wieżowcach Minneapolis czy dachy budynków szkolnych w drugim etapie, samo zwiedzenie ich wszystkich jest wyzwaniem. Najciekawszą mapą wydaje się wspomniane San Francisco. Największy problem mam z Downhill Jamem, który mimo najciekawszych zadań, jest również niezwykle irytującym miejscem przez wzgląd na nierówności terenu. W kolejnych odsłonach cyklu zresztą zrezygnowano z etapów tego typu gdyż znacznie komplikują zabawę.

Nie potrafię powiedzieć czy grafika jaką tu zastaniemy jest dostatecznie dobra jak na swoje czasy. Za to muzyka jest jak zwykle w tej serii super. Trzeba tylko nadmienić iż nie za wiele tych kawałków. Moja wersja według Wikipedii winna zawierać 13 utworów. Jak odsłuchuję soundtrack na youtube to słyszałem tylko 8 z nich. Nie wiem czy mam jakiś błąd, czy chodzi o to iż niektóre utwory usłyszymy jedynie w odblokowanych filmikach. Faktem jest jednak iż przy tak skromnej playliście po czasie będziemy mieć jej dosyć. "Superman" zespołu Goldfinger wywołuje we mnie wręcz obrzydzenie, chyba ze 100 razy go już słyszałem. Po pierwszym ukończeniu gry szybko zamieniłem ścieżkę dźwiękową na słuchanie audiobooków.

Obecnie, gdy to piszę nabiłem maksymalne statystyki 8 postaciom. Zostało mi jeszcze 3. Nadal potrafię zaskoczyć się kolejnymi możliwościami miejscówek jakie mi zaoferowano. Żałuję że jak w drugiej części nie ma dodatkowego zadania wyszukiwania wszystkich "gapów", bo miałbym jeszcze jedną zabawę. Faktem jest jednak, iż mimo wad, niedostatków, ewidentnych błędów (czasami zapadałem się w tekstury) to niesamowicie grywalna rzecz. Nie dziwię się że twórcy osiągnęli wielki sukces. THPS to trwała podstawa do arcydzieła jakim był THPS2. A zarazem samodzielnie jest to bardzo dobra gra. Rzecz dla której warto było czasami iść do pracy niewyspanym.

wtorek, 21 marca 2017

Krew kapie na pada (intro)




Jakby zacząć... A, wiem... 19 października 2015 roku udostępniłem komentarz na filmwebie pod grą "The Mist" mówiący "Nie grywam w gry, ale oglądałem gameplay" w ten sposób roszcząc sobie prawa do oceny powyższego tytułu bez "przechodzenia" go. To wywołało odzew znajomych graczy, jakoby ta ocena była nieuczciwa. Ja jednak miałem w głębokim poważaniu ich zdanie, zupełnie nie szanując dość słusznej postawy oponentów. Nie rozumiałem wtedy jeszcze tego co dziś, czyli że gry komputerowe to sztuka równie ambitna co kino czy książka. Co zmieniło mój pogląd? Film oczywiście. O to jak pięknie jedna forma uczy akceptacji względem drugiej. 7 lutego 2016 roku obejrzałem na portalu Mubi obraz "Indie Game the Movie". Ten dokument opowiadał o trzech niezależnych autorach gier, którzy poprzez gameplay starają się przekazać coś czego żadne inne medium nie byłoby w stanie. Zwłaszcza urzekła mnie historia Edmunda McMillena, człowieka który poprzez zwykłą platformówkę opowiada o swoim związku, czyli rzeczy którą sam uważa za najważniejszą w całym swoim życiu. Tak w prosty sposób zdałem sobie sprawę iż coś z czym miałem do czynienia, a co dawno temu odrzuciłem uznawszy za płytkie, niekoniecznie takie jest.


Sednem moich wywodów jest wiadomość iż zdecydowałem się od czasu do czasu umieszczać na blogu recenzje gier. A powodem ku temu jest obecność nowego sprzętu, przez który oszalałem. Niespełna miesiąc od zakupu zredukowałem wyjścia z domu, oglądam trzy razy mniej filmów, piszę także rzadziej. Jednak nie żałuję. Rzeczony sprzęt to używane PS3 które widzicie na powyższym zdjęciu w towarzystwie piwka. Zdecydowanie urozmaiciło mój świat, choć jeszcze nie przyzwyczaiłem się do tego iż jest to także "czasożerna" rozrywka.

Zacznijmy od tego dlaczego kupiłem Play Station. Polać temu kto zrozumie moją logikę. Otóż, ostatnio zajmuję się tworzeniem dla społeczności Alternatywny Top 100 mini rankingów adaptacji książkowych. Na podstawie posiadanych danych układam kolejno ekranizacje danego pisarza od najlepszych do najgorszych. Podróż w poszukiwaniu danych źródłowych na temat kolejnych autorów książek uświadomiła mi że chciałbym czytać dużo więcej, niż dotychczas, I w tym celu kupiłem konsolę :D Dobra, dobra, już wyjaśniam... Chodzi o to iż ja preferuję generalnie audiobooki, ale ja muszę coś jednocześnie robić gdy ich słucham, bo inaczej się rozpraszam. Co robić podczas słuchania najlepiej? Jeździć na rowerze, sprzątać, biegać, a także... grać.

Oczywiście to co piszę w pierwszym akapicie tnie się nieco z tym co piszę w trzecim, wszakże jak obcować z dziełem odbierając mu istotną część którą stanowi dźwięk? A no nie da rady, więc szybko się przekonałem iż nie podczas każdej gry sobie posłucham książki. Jednak w niektórych przypadkach można. Choćby podczas zwiedzania miasta grając w GTA IV, albo gdy mi się znudzi soundtrack w kolejnych częściach gier sygnowanych nazwiskiem Tony'ego Hawka, ale już "The Last of Us" czy "Silient Hill" będę ogrywał z dźwiękiem oryginalnym.

Jeszcze wspomnę iż nie odkrywam świata gier, a już miałem z nim do czynienia. Gdzieś między 12 a 16 rokiem życia, gdy nie miałem jeszcze internetu. Wtedy mój świat kultury stanowiły w dużej mierze książki z 4 bibliotek do których byłem zapisany, filmy z telewizji i wypożyczalni oraz właśnie gry. Nieograniczony dostęp do sieci sprawił iż zupełnie zapomniałem o stosie CD-Actionów zalegających na biurku. Teraz wraca mi zajawka, wraz z nią także chęć poznania klasyki gier, a przede wszystkim świadomość iż to bardzo relaksująca rozrywka. Na strychu znalazłem stary skórzany fotel na którym dotąd spał mój kot. Zatachałem go do swojego pokoju. Nie ma to jak się w nim rozwalić, chwycić pada, odpalić płytę i po prostu wyłączyć się ze świata rzeczywistego.

niedziela, 19 marca 2017

Cinema Post Cast: Kto się boi Virginii Woolf?


W tym epizodzie naszego podcastu ja i Garret Reza przerabiamy klasykę. Na warsztat poszedł film "Kto się boi Virginii Woolf?" z 1966 roku. Czy na pewno uważamy ten tytuł za dzieło wybitne jak większość kinomanów? Jak oceniamy postaci? Między innymi te tematy roztrząsamy w poniższej audycji. Zapraszam do słuchania :)

POBIERZ

sobota, 11 marca 2017

Cinema Post Cast: Logan


W kolejnym epizodzie Cinema Post Castu wspólnie z Pikiem z blogu "PiQltura" i naszym gościem, Marcinem Grudziążem omawiamy film "Logan". Nie mam tym razem wiele do dodania w formie tekstowej. Podcast krótki (jak na podcast) i treściwy. Myślę że przekazaliśmy wszystko co chcieliśmy przekazać :)

POBIERZ

niedziela, 5 marca 2017

Cinema Post Cast: Black Mirror



Jakiś czas temu w ramach inicjatywy Cinema Post Cast zaczęliśmy omawiać z Grześkiem z blogu Piqltura serial "Black Mirror". W niniejszym wpisie przedstawiam wszystkie nasze podcasty o serialu. W każdej omawiamy poszczególne odcinki, a następnie w oddzielnej strefie spoilerowej analizujemy je ze szczegółami.Wrzucam od razu wszystkie 4 epizody naszych rozmów, będziecie mieć okazję przez 240 minut porównać swoje wrażenia za naszymi, bądź przez jakieś 120 (pozbawione spoilerów) dowiedzieć się które odcinki warto obaczyć, a które ominąć.

SEZON I

Spis treści:
00:00 - Wprowadzenie
09:00 - 01x01 The National Anthem
16:01 - 01x02 Fifteen Million Merits
23:54 - 01x03 The Entire History of You
33:46 - Podsumowanie
Strefa spoilerowa:
41:10 - Spoilery: The National Anthem
48:29 - Spoilery: Fifteen Million Merits
52:24 - Spoilery: The Entire History of You

POBIERZ

SEZON II

Spis Treści:
00:00 - Wprowadzenie
02:30 - 02x01 Be Right Back
10:33 - 02x02 White Bear
16:35 - 02x03 Waldo Moment
24:20 - White Christmas
30:33 - Podsumowanie
33:56 - Spoilery: Be Right Back
37:31 - Spoilery: White Bear
45:10 - Spoilery: Waldo Moment
47:16 - Spoilery: White Christmas


POBIERZ 


SEZON III, odcinki 1-3

Spis treści:
0:00 - Wstęp
6:52 - Nosedive
23:52 - Playtest
32:40 - Shut up and Dance
41:16 - Podsumowanie
42:16 - Spoilery: Nosedive

48:02 - Spoilery: Playtest
50:25 - Spoilery: Shut up and Dance

POBIERZ

  
SEZON III, odcinki 4-6

Spis treści: 
0:00 Wstęp 
2:31 San Junipero
9:41 Men Against Fire
15:53 Hated in the Nation
29:08 Podsumowanie sezonu i całego serialu
36:28 Spoilery: San Junipero
44:09 Spoilery: Men Against Fire
48:41 Spoilery: Hated in the Nation

POBIERZ 

poniedziałek, 27 lutego 2017

Ogród rozkoszy ziemskich (2003) (recenzja)



Lech Majewski, którego kolekcję DVD omówię pewnie w niedalekiej przyszłości, okazał się reżyserem niedoskonałym. To osoba zafascynowana sztuką, pełna wiedzy o kulturze, chętnie przeplatająca film z formą teatralną, operową, literacką... A jednak ciągłe eksperymentowanie nie wychodziło mu na dobre. Często poetycki język po jaki sięgał twórca wydawał się bełkotem, a liczne metafory nie łączyły się w spójny sens. W przypadku "Ogrodu rozkoszy ziemskich" właśnie tak jest. A jednak reżyser sięgnął po formułę która zupełnie go rozgrzesza z pretensjonalności. Tym razem chylę czoła, choć uprzedzam, że ja tylko dałem się oszukać ;)

Film opowiada o dwojgu zakochanych spędzających czas w Wenecji. On jest z wykształcenia ścisłym umysłem, ona tymczasem pisze doktorat o twórczości Hieronima Boscha. W ich rozmowach sztuka miesza się z nauką, uzupełniając i pozwalając szerzej spojrzeć na świat. Niestety jak to bywa w melodramatach, w życie szczęśliwych ludzi wkrada się choroba. To ona jest impulsem by kobieta dotąd jedynie mówiąca o artystach, sama spróbowała zbudować dzieło. W tym celu bohaterowie chwytają za kamerę, kręcąc amatorski film będący wypadkową ich fascynacji i zaczynają komponować...

...a Majewski jest usprawiedliwiony. Jego obraz bywa górnolotny, czasami uderza w kiczowate tony, ale to przecież ma wyglądać jak utwór stworzony przez dwoje nie-filmowców. I w tej formule to się sprawdza. Udaje się uchwycić intymność, pięknie pokazano pasję, w końcu sportretowano też jak wiele w procesie tworzenia jest zabawy. Jeśli ktoś ma wątpliwości czy to działa, warto dotrwać do zakończenia. Jest to moment w którym główny bohater sam daje się porwać w rytm formowania sztuki w sposób impulsywny. W ten sposób doskonale wieńczy utwór swojej miłości, a także idealnie zamyka film.

czwartek, 23 lutego 2017

Cinema Post Cast: Lekarstwo na życie vs. Lament



W kolejnym solowym epizodzie Cinema Post Castu omawiam moje wrażenia z multikinowego maratonu "Antywalentynki". Usłyszycie szczegółowe recenzje "Lekarstwa na życie" i "Lamentu", przybliżę wam jak sprawdzają się "Autopsja Jane Doe" i "Train to Busan" w charakterze powtórek i opowiem dlaczego nie cierpię widowni tak zwanych eNeMFów. Miłego słuchania :)

POBIERZ


niedziela, 19 lutego 2017

Cinema Post Cast: Toni Erdmann vs. Jackie Kennedy



W tym odcinku naszego podcastu omawiamy z Grześkiem z blogu PiQltura dwie ważne premiery ostatnich miesięcy. Pierwszą jest "Toni Erdmann", jeden z najlepiej ocenianych filmów europejskich minionego roku. Drugim jest "Jackie", film biograficzny, który mocno dzieli publiczność przez swoją nietypową dla Hollywood formę.

Od siebie mogę dodać że przesłuchałem ten podcast i chyba w żadnej innej audycji nie profanowałem tak bardzo języka polskiego jak tutaj. Mam fatalną składnię, mylę znaczenie słów (choćby słowo "retrospekcja" zamieniam na "retrospektywa"), powtarzam się. Musicie mi to wybaczyć, jak zwykle podszedłem do nagrywania spontanicznie. Swoje myśli przekazałem, ale być może w nieprzystępnej formie. PiQ spisał się za to na medal, zauważyłem pomyłkę tylko w jednym momencie, gdy miast powiedzieć Isabelle, powiedział Elizabeth Huppert. Potraktujcie ten akapit jako erratę do podcastu. Mam nadzieję że mimo wszystko będzie wam się słuchało tej audycji tak przyjemnie jak nam się ją nagrywało.

POBIERZ

wtorek, 14 lutego 2017

Kolekcja filmów Isabelle Adjani (recenzja)



SPI jakiś czas temu wypuściło box 3 filmów z Isabelle Adjani. Mało reprezentatywny, bo znalazły się tam jedynie role aktorki z lat 1981-1983. Jednak stanowiący gratkę dla kinomana, choćby z prostej przyczyny iż to jedyna możliwość zdobycia legendarnego "Opętania" Andrzeja Żuławskiego po polsku na DVD. Obecnie ten pakiet chodzi na allegro po dość przesadzonych cenach oscylujących wokół 100 zł. Ja kupiłem go za połowę tej sumy, czyli idealny koszt w przypadku potrójnego boxu.

Isabelle Adjani jest piękną kobietą i bardzo utalentowaną aktorką. Pierwszy fakt czasami wpływał nieco negatywnie na drugi, bo zdarzało się że reżyserzy zatrudniali ją w swoich dziełach jedynie w charakterze ozdoby. Jeśli jednak trafiała na jakieś wyzwanie aktorskie, zazwyczaj radziła sobie z nim doskonale. Na pewno warto przyjrzeć się jej dokonaniom bliżej, co sam zrobię w przyszłości. Tutaj mamy trzy filmy z zupełnie różnych parafii i różnej jakości. Choćby z tego względu warto ten box zrecenzować. W skład wchodzą:

Opętanie (1981) reż. Andrzej Żuławski 

O ile w "Diabłach" nie kupiłem "rozwrzeszczanego" stylu twórcy, tutaj pasuje on idealnie. Opowieść o kryzysie małżeńskim została opowiedziana niemal samymi wykrzyknikami, a co najlepsze, przy pomocy języka kina grozy. Nie jest to bynajmniej jakiś dodatek do dzieła. "Opętanie" to mroczny horror, nie stroniący od krwi i obrzydliwości. To jednak nie przeszkadza mu w byciu niesamowicie poetyckim obrazem ludzkich pragnień.

Aktorsko to absolutna rewelacja. Isabelle Adjani odgrywa tytułowe "uczucie" na milion sposobów, starannie łącząc szaleństwo, marazm i strach. Sam Neill nie ustępuje jej kroku, pod batutą reżysera miotając się pomiędzy rezygnacją, a wolą walki o uczucia w które wierzy. To świetny duet, który nie mógłby wykrzesać z siebie takich emocji gdyby kto inny nimi dyrygował. Na szczęście u Żuławskiego można więcej, bo on sam woli by kino było głośne, dosadne, odrealnione. Oczywiście by to wszystko do siebie pasowało, wytworzył odpowiedni klimat.

Nie czuję tutaj nawet potrzeby szukania wad. Nie wszystko jest tu na swoim miejscu, ale tak miało być. Chaos rządzi. Kontrolowany chaos ;)

Za rok, ... jak dobrze pójdzie (1981) reż. Jean-Loup Hubert

Ze scenariusza tego filmu można by nakręcić dołujący dramat obyczajowy. Twórca wolał jednak stworzyć... komedię romantyczną. Chyba nawet nie był świadomy jak jego postaci są nieszczęśliwe, zależne od innych, pozbawione jakichkolwiek wyborów. Główni bohaterowie, Isabelle i Maxime to para zakochanych. Łączy ich szczere uczucie, ale dzielą zupełnie ambicje życiowe.
Maxime mało zarabia, jest hipochondrykiem, nie chce dzieci, ani ślubu. Jednak wie że opłacająca większość rachunków Isabelle ma w ich związku większe prawo głosu, bo ma też lepszy status społeczny. Konflikty są nieuniknione. Twórca idzie po najmniejszej linii oporu by je załagodzić, co tylko zabija ambicje tego filmu, mającego szansę opowiedzieć o czymś ważnym. 

Trudno polubić bohaterów. Nigdy nie myślą nad swoim postępowaniem, nie wyciągają też wniosków na przyszłość. Podążają jedynie za impulsami. W chwili gdy emocje biorą górę nie mają oporów by obgadywać się wzajemnie, upijać w trupa, a nawet dopuszczać zdrady. Po wszystkim wybaczają sobie, ale wiadomo iż nie na długo. Niby to jest wizja ludzi którzy istnieją, takich których nieraz spotykamy. Kłopot w tym iż film nie tylko im przytakuje, miast się zastanawiać, ale również banalizuje poważne problemy. Nie mam nic przeciwko lekkim filmom, ale tutaj z tym przedobrzono. 

Isabelle Adjani spisała się dobrze, choć trzeba zauważyć, nie miała zbyt wielkiej konkurencji. Reszta obsady stoi na co najwyżej średnim poziomie. Czyli w sumie i tak wyższym niż to dzieło.

Śmiertelny wyścig (1983) reż. Claude Miller

Adaptacja "Oka obserwatora" Marca Behma. Jeśli ufać opisom książki, była to opowieść o tajnym agencie, który śledząc morderczynię powoli się w niej zakochuje. W tym filmie relację nieco skomplikowano. Głównym bohaterem jest detektyw rodem z filmów noir, mający śledzić syna swoich klientów. Okazuje się iż młodzieniec wybrał wszystkie pieniądze, planując ucieczkę z tajemniczą młodą kobietą. Bohater jest świadkiem tego jak niewiasta zabija swojego kochanka, przywłaszcza sobie jego pieniądze i ucieka za granicę. Stary detektyw postanawia śledzić jej poczynania, gdyż w postaci o rysach Adjani odnajduje swoją córkę, z którą od dawna nie miał kontaktu.

Względem oryginału zmieniono więc miłosny wątek, na motyw rodzicielski. Całość jest zaś podana w konwencji czarnego kryminału. Twórca jednak umiejętnie bawi się takim klimatem. W jednej ze scen do bohatera podbiega mała dziewczynka i z uśmiechem pyta "lubi pan mówić sam do siebie?" co jest oczywistym żartem z noirowej narracji. Niestety o ile klimat filmowi dopisuje, to już sposób opowiadania wydarzeń jest niejasny. Czasami wydaje się jedynie ciągiem morderstw w różnych zakątkach świata, bywa iż monologi są bełkotliwe, zakończenie całej historii również rozczarowuje.

Sam wątek ojcowski bardzo mi się podoba. Nie jest oczywiście pewne czy tajemnicza morderczyni jest córką bohatera. Bardziej stanowi jej wyobrażenie o tym jak mogłaby wyglądać gdyby miał prawo do opieki nad nią. Gdy detektyw śledzi podejrzaną wygląda to tak jakby podglądał proces dojrzewania dziewczyny. Uczy się być jej obrońcą, czasami surowo ocenia kandydatów na jej mężów, chwilami rozumie jej wybory, innym razem je neguje. Zawsze jednak pozostaje niezauważony. Zaś kolejne zbrodnie stanowią po prostu metaforę szukania siebie.

Co ciekawe, Isabelle Adjani nie ma tu do zagrania wiele. Jeśli pamiętacie jak w "Opętaniu" chwilami szła przed siebie z pustym wzrokiem to tutaj robi to niemal przez cały czas. Wspominałem we wstępie że są filmy w których ma ona głównie wyglądać. I tutaj tak jest. Zobaczymy aktorkę w niezliczonej ilości kreacji, fryzur, peruk, makijaży. Dosłownie co 5 minut zmienia twarz. Jednak scenarzysta nie napisał jej zbyt wielu scen w których mogłaby się wykazać, to męska rola jest tu na pierwszym planie.

Film polecam, choć jest on nieco niechlujny, rwany. W przeciwieństwie do "Opętania" to niekontrolowany chaos. Nie wszyscy to kupią.

A jak już przy kupowaniu jesteśmy, myślę że ten box warto było nabyć. Jest nierówny, w skład wchodzą film słaby, niezły i wybitny. Nie imponuje może dodatkami (nie ma ich w ogóle), ale za to jakość obrazu jest dobra. Szkoda że zawiera  tylko 3 tytuły, lecz z drugiej strony gdyby mieli dorzucić jeszcze jeden na poziomie "Za rok, ... jak dobrze pójdzie" to niech zostanie tak jak jest. W przyszłości na blogu pewnie zagoszczą kolejne zestawy z mojej kolekcji ;)

środa, 1 lutego 2017

Koszmar (2015) (recenzja)



Na wstępie  wita nas plansza ostrzegawcza że film zawiera efekty stroboskopowe nieodpowiednie dla epileptyków oraz muzykę nagraną na takich częstotliwościach iż może wywołać zawroty głowy. Niestety przyszło mi oglądać film na małym ekranie, w dodatku z lektorem nieco zagłuszającym chaos dźwiękowy jaki prezentuje nam ten obraz. Skłonny jestem jednak stwierdzić iż ten wstęp to bardziej opcja marketingowa, gdyż dyskotekowa forma nie ma istotnego znaczenia dla treści. Ot, bohaterowie są członkami subkultury która ubiera się w kolorowe stroje, farbuje włosy na nienaturalne barwy i słucha głośnej, elektronicznej muzyki. Stąd 1/3 filmu przypomina rave'owy teledysk gdzie migają światła, dźwięk zagłusza dialogi (dlatego niektóre sceny są z napisami), a jako podstawę dziwnych wizji przyjęto narkotyki łykane na imprezach. Same halucynacje są tutaj jednak odzwierciedleniem stanów emocjonalnych, niekoniecznie więc potrzebowały jakiegokolwiek wytłumaczenia. Zaś 2/3 filmu to kino uniwersalne, nakręcone dość tradycyjnie, więc nawet zakładając iż od muzyki rozbolałaby mnie głowa, miałbym kiedy odpocząć na sekwencjach umiejscowionych w czterech ścianach.

Achim Bornhak, reżyser filmu, przyjmuje iż dojrzewanie jest tytułowym "Koszmarem". Każe o tym przekonać się Tinie, głównej bohaterce obrazu. To nastolatka, zakręcona na punkcie mody, uwielbiająca całonocne wypady ze znajomymi do klubu i nie stroniąca od używek. Pewnego wieczoru zaczyna odczuwać czyjąś obecność w mieszkaniu. W kuchni słychać niepokojące dźwięki, przedmioty same się tłuką. Rodzice nie wierzą dziewczynie, ale wszystko wskazuje na to iż w ich czterech ścianach zadomowił się tajemniczy "gość". 

Mamy do czynienia ze stylistyką kina grozy, co widać już po samym opisie. Jest to jednak efekt przyjętej konwencji, a celem filmu raczej nie wydaje się wywołanie strachu. Przerażenie będzie raczej uczuciem towarzyszącym bohaterc, nie widzowi, stąd twórca lepi wizje w takiej, a nie innej stylistyce. Cały film nie jest zresztą chronologicznie ułożoną opowieścią, a bardziej odzwierciedleniem stanu emocjonalnego. Na ekranie świadomość przybiera kształty, materializuje się w realnym otoczeniu, ale wciąż pozostaje strumieniem myśli, które musimy odczytać. Całe szczęście choć "imprezowe" wątki wydają się jedynie obrazować sentyment twórcy do określonej subkultury, to już sposób w jaki portretuje Tinę wychodzi niebanalnie. Każda scena niesie za sobą echo jej problemów, zarysowując złożoną postać. W dodatku wszystko prowadzi nie do przesadzonego wybuchu tłumionych emocji, a do dość skromnego, acz treściwego finału i później zagadkowego, nastawionego na wiele interpretacji epilogu.

"Koszmar" to całkiem zgrabny reprezentant horroru autorskiego. Nie on pierwszy przedstawia życie nastolatków jako coś przerażającego, ale robi to z pomysłem. Nie wszystkie zabiegi formalne uznaję za uzasadnione, ale postać jaka pojawia się na ekranie w 30 minucie filmu jest bez wątpienia świeżym pomysłem. Warto doczekać do tego momentu, później jest już coraz lepiej.

poniedziałek, 30 stycznia 2017

Cinema Post Cast: Inicjatywa Alternatywny Top 100



Kolejny odcinek Cinema Post Castu, tym razem dotyczący inicjatywy Alternatywny Top 100. Jest to miejsce na filmwebie, gdzie grupa zapaleńców stworzyła ranking filmowy zupełnie różny od tego który prezentuje ten portal oficjalnie. Z czasem przerodziliśmy się w społeczność, a inicjatywa przeszła nasze najśmielsze oczekiwania. Dlaczego? O tym opowie Garret, PiQ, ja oraz nasz specjalny gość, obecny twórca i szef Alternatywnego, Krysiron.

POBIERZ