poniedziałek, 1 maja 2017

DiVinities (2006) vs. Szklane usta (2007) (recenzje)



Lech Majewski zawsze poszukiwał drogi ku połączeniu różnych dziedzin sztuki z kinem. Czasami mu się to udawało jak w "Angelusie", gdzie malarstwo Teofila Ociepki ożywało na ekranie. Innym razem zaś tworzył ledwie strawne hybrydy, jak choćby telewizyjna opera "Pokój saren" godna oglądania ze słownikiem symboli. Od momentu nakręcenia minimalistycznego "Ogrodu rozkoszy ziemskich", estetyka jaką operował reżyser stawała się coraz skromniejsza. Dotarł do momentu w którym zaczął nazywać swoje kolejne dzieła poematami wizualnymi. To miały być słówka wzniośle odróżniające jego krótkie metraże od innych. Czy ich wyjątkowość wybrzmiewa aż tak że zasłużyły na miano osobnej klasyfikacji gatunkowe? Przekonanie się gdy porównam ze sobą "DiVinities" oraz "Szklane usta" będące zbiorem utworów właśnie tak określonych przez twórcę. 

"DiVinities" nie było w rzeczywistości zaplanowanym filmem. To zbiór videoartów jakie Majewski zaprezentował gdy nowojorskie muzeum sztuki współczesnej urządziło mu wystawę. I jako takowy pokaz ta prezentacja się broni. Sam autor wspomina ją jako kolarz pomysłów noszonych przez lata.  Zrealizowane zostały jednak w pośpiechu, a niektórych przypadkach wyglądają jak spontaniczne decyzje o chwyceniu kamery i nakręceniu chwili. Jakkolwiek to ładnie nie brzmi, mamy do czynienia z filmikami których sens ma prawo znać jedynie autor. A czasami nawet wyraźnie widać że nie ma tu treści. Bo jak inaczej nazwać zapętlone fragmenty sztuk teatralnych czy wodzenie obiektywem po ulicy? Owszem, znalazły się tu bardziej zaplanowane ujęcia jak choćby pierwszy poemat, gdzie nieruchome postaci ujrzymy w ustalonych pozach, w środku leśnej głuszy. Zresztą ta scena została później powtórzona w "Szklanych ustach". Po zobaczeniu całości mam jednak wrażenie iż Majewski samo nawiązanie do malarstwa, muzyki, architektury uważa już za stworzenie dzieła. Niestety, to tak nie działa. Wyrażę się brzydko, ale połowa tych poematów to "byle co", pozbawione polotu i krzty jakiegokolwiek poczucia smaku. Nie trzeba być znawcą sztuki by to zauważyć. 

Zgoła inaczej jest ze "Szklanymi ustami". Choć to też problematyczne dzieło. Jest to obraz w podobnej stylistyce, dużo bardziej jednak zaplanowany i noszący w sobie czytelny sens. Majewski zwiastuje koniec świata, wypalenie moralne ludzkości, zmierzch wartości. Ciała kobiece, które zawsze portretował jako wizualizację piękna, teraz zdobią ilustracje pornograficznych broszur. Bohaterowie sprzedają tu duszę za pieniądze. Telewizja staje się głosem zła wcielonego. Przekaz jest, to już plus. Tyle że nieznośnie pretensjonalny, a do tego opakowany w formę wizualnie bliższą telenoweli, niźli poważnemu kinu artystycznemu. W tym wszystkim jest tylko jedna scena na blokowisku która może się podobać kolorystycznie. Cała reszta kłuje w oczy. To krytyka brzydkiego świata, przy pomocy języka kiczu. Przygarniał kocioł garnkowi rzec by się chciało. Bronią się tu na szczęście zastosowane metafory, które użyte w nieco innej scenerii gwarantowałyby dużo lepszy seans. Niestety Majewski zatracił poczucie smaku na drodze wędrowania przez krainę form których się imał przez lata. Ponoć odnalazł je w kolejnym swym dziele, "Młyn i krzyż", ale to zweryfikuję za jakiś czas. 

Jeśli mam wskazać lepsze dzieło spośród tych dwóch, to będą nim "Szklane usta". Ale głównie dlatego iż przynajmniej da się je oglądać i znaleźć kilka zalet. Tymczasem "DiVinities" wydane na DVD stanowi jedynie ciekawostkę w postaci nagrań znanego reżysera, będących znudzoną podróżą z kamerą albo testowaniem możliwości programu montażowego. Niestety wśród dodatków na krążku nie ma komentarza tłumaczącego dlaczego oba filmy wyglądają jak wyglądają, pozostaje mi mieć nadzieję że kiedyś sam będę miał okazję zapytać reżysera. Bo mimo że moja wypowiedź może być odebrana jako jadowita, jestem jego fanem. Tym bardziej uwierał ten seans.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz